Luksusowy kwartał Łazarza

Opublikowano:
3.31.2020

Blisko dworca, ale z dala od śródmiejskiego zgiełku i kurzu, bo tuż przy poznańskim Central Parku, powstało kilka kwartałów mieszkań na berlińską modłę, czyli w wyższym standardzie.

Dzielnica Johowa to najlepsza secesja w tej części Europy, twierdzi spec w tej dziedzinie, profesor Jan Skuratowicz. I ma na myśli nie tylko architekturę, ale i urbanistykę. Profesor podejrzewa, że to nie młody architekt Max Johow nakreślił tę dzielnicę tylko wybitny urbanista Joseph Stübben, autor układów ulic w Kolonii, Berlinie, Dortmundzie, Düsseldorfie, Luksemburgu, Madrycie, Bilbao i w Poznaniu.

Chwaliszewo w końcu XIX wieku © Dawny Poznań, Wydawnictwo Poznańskie, 1983


Jak bardzo źle musiała wyglądać pod koniec XIX wieku kolebka polskiej państowości, że przysłano tu specjalistę tej klasy i mianowano kierownikiem Królewskiej Komisji Rozbudowy Urbanistycznej Miasta Poznania? Mała, pruska przygraniczna twierdza otoczona ściśle murami, wałami i fortecami, z ciasnym, dusznym, bezdrzewnym śródmieściem, mieszkaniami bez łazienek, suterenami i strychami zamieszkałymi nie tylko przez szczury oraz skleconymi z desek przedmieściami, w których warunki bytowe były nieco lepsze dzięki świeżemu powietrzu. Stłoczony wokół Starego Rynku Poznań był wtedy najgęściej zaludnionym miastem w Prusiech. Stübbena przysłano, żeby rozbroił Festung Posen i z koszar uczynił europejską metropolię. Przez sześć lat, do 1898 roku pracował nad wizją urbanistyczną Poznania rozbieranego z murów miejskich. Kiedy skończył i pokazał swoje dzieło, kajzer Wiluś – jak poznaniacy pieszczotliwie nazywali cesarza Wilhelma II – wydał zgodę na zrzucenie z miasta ciężkiej zbroi.

Główna ulica Łazarza – Głogowska wyglądała mało reprezentacyjnie na początku XX wieku © Biblioteka Uniwersytecka UAM


Stübben miał upodobnić Poznań do innych miast pruskich, uczynić go praniemieckim grodem, nadającym się do życia dla świty berlińskich urzędników, zarządzającej rejencjami i powiatami Prowincji Poznańskiej, oczekującej wygód jak w stolicy, bujnej zieleni i dobrej komunikacji z domem. Bo przez cały XIX wiek pruscy dostojnicy traktowali delegację do Poznania jak zsyłkę i prędzej czy później czmychali stąd na zachód.

Dzielnica Cesarska powstała w dwóch pierwszych dekadach XX wieku © Biblioteka Uniwersytecka UAM

Niemców mieszkało tu co prawda tylko nieco ponad 30%, ale w większości dobrze ustawionych i sytuowanych. To dla nich powstała reprezentacyjna Dzielnica Cesarska, która miała wyglądać jak sprzed wieków, z neoromańskimi zamkiem, Dyrekcją Poczty i Ziemstwem Kredytowym (Filharmonia Poznańska), które wyszły spod ręki Franza Schwechtena, neorenesansową Akademią Królewską (Collegium Minus), neobarokową Komisją Kolonizacyjną (Collegium Maius) i neoklasycystycznym Teatrem Wielkim (Opera). Wszystkim mieszkańcom zezwolono budować się w podmiejskich wsiach Jeżyce, Wilda i Święty Łazarz, przyłączonych do Poznania, ale tylko dla najbogatszych wytyczono w tej ostatniej ulicę Neue Gartenstrasse (Matejki), przy której miał powstać kwartał luksusowych kamienic.

Ulica Matejki przed I wojną światową © Biblioteka Uniwersytecka UAM

O tej ulicy profesor Skuratowicz twierdzi, że to nie dzieło jakiegoś berlińskiego młokosa tylko profesora politechniki w Charlottenburgu. Matejki jest miękka, idzie po delikatnym łuku, stojąc na początu nie widać jej końca, podążając nią kolejne budynki odsłaniają się stopniowo. Podobnie jak w zaprojektowanym przez Stübbena poznańskim Ringu w miejscu rozebranych murów. I w paru innych rysowanych przez niego planach miast. Ale przecież młody Johow mógł to podpatrzeć od Stübbena na wykładach na charlottenburskiej polibudzie. Coś profesor Skuratowicz młodemu Maksowi nie ufa, pewnie temu, że tak niewiele wiemy o jego przeszłości.

Poznajemy go w wieku 23 lat, kiedy przyjeżdża tu jako twarz spółki Bau Terrain St. Lazarus, kupującej pole oddzielone nową ulicą od szkółki drzew, którą miasto przemianuje wkrótce na Ogród Botaniczny, a potem na Park Wilsona. Czy to jego spryt, talent i znajomości w Berlinie stoją za tym, że spółka buduje drogie kamienice, które rozchodzą się na pniu? Czy to zasługa pozostałych wspólników, którzy dali pieniądze, kontakty na miejscu i zapewnili, że miasto potrzebuje luksusowych mieszkań jak kania dżdżu?

Fragment Łazarza na planie Poznania z 1910 roku, z Dworcem Głównym na czerwno, na zielono Ogrodem Botanicznym, trzema cmentarzami: Św. Marcina, Farnym i żydowskim oraz ogródkiem Feldschloss pomiędzy nimi © Archiwum Państwowe w Poznaniu

To był zdecydowanie najlepszy kierunek rozbudowy miasta. Blisko dworca, ale na wzniesieniu, z dala od wylewającej często Warty, tuż obok największego skupiska miejskiej zieleni: trzech cmentarzy, ogródka rozrywkowego Feldschloss i – co najważniejsze – oazy zieleni, która za chwilę stanie się pierwszym poznańskim parkiem. Ulicę Neue Gartenstrasse, czyli Nowoogrodową, dzisiejszą Matejki, od której zacznie się budować dzielnica, wytyczono zaraz za szkółką drzew. Paliki wbito w łąkę, na której pasły się krowy Bambrów, bo to im władze pruskie nadały te ziemie w poprzednim stuleciu, żeby kolonizowali Wielkopolskę. Działki kupiło od nich dwóch przedsiębiorczych polskich lekarzy, żeby po paru latach sprzedać z wielokrotnym zyskiem niemieckiej spółce.

Szczere pole za kamienicą przy Matejki w 1906 roku © Biblioteka Uniwersytecka UAM

Pod kierownictwem Johowa na siedmiu hektarach podzielonych na siedem bloków zabudowy architekci projektują domy, jakich nikt dotąd w mieście nie widział, wnoszą nową jakość do zapyziałej poznańskiej twierdzy. Kwartał wypełniają samymi reprezentacyjnymi kamienicami o wysokim standardzie, bo plan nie pozwala na żadną inną zabudowę. Cztery kondygnacje jasnych, przewiewnych mieszkań w kamienicach frontowych, z przedogródkami od ulicy i ogrodami zamiast oficyn w podwórzach, dokładnie tak jak zaczynało się wtedy budować w Berlinie. Z centralnie umieszczonego holu wchodziło się do salonów i jadalni położonych od frontu, albo do kuchni, spiżarni, łazienki i pokojów służby w środkowej części, albo korytarzem do sypialni od podwórza, na który wychodzą balkony. Każde mieszkanie miało po 7-8 pomieszczeń na dwustu pięćdziesięciu lub więcej metrach kwadratowych.

Secesja z elementami klasycznymi na fasadzie kamienicy przy Matejki 54 © Biblioteka Uniwersytecka UAM

Na fasadach i we wnętrzach bogate sztukaterie, na podłogach marmury i nowa moda z Włoch – lastriko, na ścianach i sufitach polichromie, w oknach witraże. Już same wejścia do kamienic były iście pałacowe, a ciemne zazwyczaj klatki schodowe tu kąpało słońce ze świetlików w dachu. Architekci, projektując według narzuconego schematu, prześcigali się, kto bardziej zaskoczy poznańskich prowincjuszy. W pierwszej fazie powstawania dzielnicy w latach 1902-1908 najwięcej projektują dwaj absolwenci Politechniki Charlottenburskiej Max Johow i jego nieco starszy kolega, poznaniak Emil Asmus. Zabudowują najatrakcyjniejszą część kwartału – zachodnią stronę ulicy Nowoogrodowej, która od strony parku na zawsze miała być niezasłonięta żadnym budynkiem. Doskonała ekspozycja fasad kamienic jeszcze bardziej napędzała architektów. Twórczo podchodzą do ustalonej sztancy – przy zachowaniu tego samego układu udaje im się zaprojektować każdą kamienicę inną, różnicując bryły budynków, kształt fasad i ich dekoracje. Obok sztukaterii, na elewacjach pojawiają się wykusze, bogato zdobione balkony, a narożniki pierzei wieńczą kryte kopułami wieżyczki. Domy przy Nowoogrodowej prężą się jak kandydatki do tytułu miss piękności. Całkiem skutecznie, bo w drugim roku budowy luksusowego fyrtla Rada Miejska chwali Johowa za wytworny wygląd kamienic, który przynosi zaszczyt całej dzielnicy.

Narożniki Matejki i Siemiradzkiego w dwóch różnych stylach architektonicznych © Biblioteka Uniwersytecka UAM

Po przerwie spowodowanej załamaniem koniunktury dzielnica buduje się już w innym stylu, powstają subtelniej dekorowane, modenizujące budynki. Od ok. 1912 do 1918 roku inwestorzy wypełniają ostatni luki przy Matejki, zabudowują w części równoległą Chełmońskiego oraz prostopadłe Grotgera, Siemiradzkiego i Wyspiańskiego. Do końca pierwszej wojny kamienice stoją na 35 z 74 działek Johow-Gelände.

Plac Wyspiańskiego w drugiej dekadzie XX wieku © Biblioteka Uniwersytecka UAM



Kto w nich mieszka? Ci, których na to stać. Mimo, że jeszcze przed wojną niektóre kamienice wykupują Polacy, w Dzielnicy Johowa mieszkają wyłącznie Niemcy. Rocznie muszą wysupłać na czynsz ok. 2,5 tys. marek, to o 1/4 więcej niż poznańska średnia za podobny metraż. Co czwarty apartament zajmuje generalicja wojsk stacjonujących nieopodal, co piąty – wysocy urzędnicy carscy, resztę – radni, nauczyciele, kupcy, rentierzy i architekci. Po odzyskaniu niepodległości struktura społeczna mieszkańców okolic Parku Wilsona nic się nie zmienia. Zmieniają się tylko nazwiska na polskie na tabliczkach mieszkań.

Druga wojna obchodzi się z Dzielnicą Johowa łagodnie. Nie tylko nie ma tu większych zniszczeń, ale Niemcy kontynuują rozbudowę kwartałów przy równoległych do Matejki ulicach Kossaka i Ułańskiej, utrzymując ekskluzywny charakter kamienic. Kiedy stara część miasta leży w gruzach, tu przenosi się większość instytucji i urzędów okupanta. W czasie trwania i zaraz po wojnie oficjalnym Poznaniem jest właśnie ten mały fragment Łazarza.

Panorama Dzielnicy Johowa © kolekcja pocztówek Romana Trojanowicza

Przez sto lat kwartał nieco podupada. Po wojnie zniknają wijące się wśród bujnej zieleni ścieżki ogródków wewnętrznych, przedogródki zapadają pod płytami chodnikowymi, tynk szarzeje, tu i ówdzie odpada. Ale wystarczy dziś odnowić elewacje i wnętrza, by żądać za mieszkania przy Matejki, Grottgera czy Chełmońskiego najwyższych stawek za metr kwadratowy w Poznaniu. Co czyni kwartał tak wyjątkowym? Talent Johowa i spółki, ich doskonałe wyczucie miejsca i czasu, a może przeciek z magistratu? Bo udziałowcem Bau Terrain St. Lazarus był raczej na pewno ojciec architekta Emila Asmusa, Friedrich – mistrz budowlany i radny miejski. Znając plany Stübbena spółka mogła dostrzec potencjał tego fyrtla przed innymi. Ale też bez przecieków dało się zwietrzyć tu interes. Kwartał bezpiecznie oddalony od centrum, ale na trasie planowanej linii tramwajowej. Od dworca głównego rzut beretem, a z Dworca Łazarskiego, który powstanie w 1904 roku, jeszcze bliżej. Teren pomiędzy torami i Głogowską zabudowany w XIX wieku kamienicami dla kolejarzy, czyli szanowanej grupy zawodowej. Pobliskie cmentarze za kilka lat będą terenami wielkiej Wystawy Wschodnioniemieckiej, a widoczna z okien przy Matejki Wieża Górnośląska stanie się symbolem miasta targowego na lata. Wszystko to musiało wpłynąć na decyzje budowniczych, ale zdecydowanie najważniejszą inspiracją dla kształtu i charakteru dzielnicy miało sąsiedztwo poznańskiego Central Parku. Jeśli wspólnicy znali plany jego przebudowy, mogli przewidzieć, że w międzywojniu, kiedy wyglądał najokazalej, będzie chętnie odwiedzany i nazywany zieloną perłą Poznania. Bez Parku Wilsona zdecydowanie nie byłoby takiej Dzielnicy Johowa.

ps
Artykuł jest fragmentem większej publikacji o historii Łazarza, która ukaże się drukiem.

Arrow icon

Poprzednie wpisy

© 2019 Garvest Sp. z o.o.
Projekt i realizacja: Uniforma
Garvest Sp. z o.o.
ul. Grodziska 8
60-363 Poznań