Perła ogrodów poznańskich

Opublikowano:
12.8.2020

Tak nazywano park Wilsona w międzywojennej prasie. Dostarczał przyjemnych wrażeń odwiedzającym, ale też drzew i krzewów innym poznańskim parkom, skwerom i ulicom.

Założyła go grupka mieszkańców ciasnego i dusznego miasta. Byli rozżaleni jak wszyscy, że przyszło im żyć w otoczonej murem fortecy, ale nie chcieli na tym rozżaleniu poprzestać. Nie zamierzali zgłaszać pretensji cesarzowi, że uczynił Poznań wielkim bunkrem na wschodniej flance, warowną twierdzą Królestwa Prus. Mieli pozycję, pieniądze i zapał, żeby tchnąć w miasto nieco zielonego życia.

Dwieście lat temu ludzie są mądrzejsi. Nic nie wiedzą jeszcze o przyszłej dziurze ozonowej, ociepleniu klimatu i ginących gatunkach, a jednak sami z siebie sadzą drzewa. Towarzystwo do Upiększenia Miasta i Jego Okolic powołuje elita w 1834 r. Nadprezydent, nadburmistrz, prezydent policji, kilku radnych, browarników, kupców i hotelarzy co miesiąc składa się po 10 srebrnych groszy, żeby w mieście było zielono. Zanim zabierze się za to miasto, przez sześć dekad pozostają jedynymi, którzy sadzą i dbają o zieleń publiczną w Poznaniu.

Szkółka drzew i krzewów przy Głogowskiej jest ich pierwszym znaczącym dokonaniem. Ulokowana za dworcem i cmentarzami, a przed bamberskimi polami Łazarza ma stać się po latach rezerwuarem zieleni do nasadzeń w centrum. Do dziś na placach Wolności, Wielkopolskim, Ratajskiego, Rynku Bernardyńskim, na Garbarach, Podgórnej i Ogrodowej stoją wyrosłe w szkółce platany, wiązy, lipy, kasztany, dęby, graby i klony.

Pod koniec XIX wieku Towarzystwo Upiększania Miasta ledwo przędzie. Mimo dotacji miejskich zadłuża się tworząc kolejne parki. Szkółkę oddaje nowo powstałej Dyrekcji Ogrodów Miejskich, która zamierza zrobić w niej park wypoczynkowy. Projekt rysuje sam dyrektor, poznaniak Hermann Kube, który wraca z Poczdamu, gdzie przez kilka lat rozbudowywał ogromne założenie parkowe, park Sanssouci, wpisany na listę dziedzictwa UNESCO nie tylko z powodu architektury.

Park Wilsona w 1927 roku © Narodowe Archiwum Cyfrowe

Na Łazarzu Kube robi miniaturkę. Na siedmiu hektarach pomiędzy Głogowską, Matejki, Orzeszkowej i Śniadeckich rysuje mix, łączy ze sobą ogrody francuski i angielski. Regularny i symetryczny od północy, na co pozwala kształt działki, a pofałdowany i poprzecinany stawami zasilanymi wodą z wodospadu, z dwoma wyspami, a te połączone mostkami – od południa. Pierwsi goście pojawiają się w parku w Wielkanoc 1903 r. Spacerując żwirowymi alejkami w towarzystwie dzikich kaczek i łabędzi, wśród idealnie przystrzyżonych trawników, w cieniu rozłożystych wiązów, platanów, lip, klonów i dębów (formowanych, a jakże), wśród alpinarium i rosarium, wyglądających jakby przed chwilą wyszły od barbera, poznaniacy doznawali ekscytacji jak przy zwiedzaniu obcej planety. Ani to las, ani sad, ani ogród, dla statystycznego mieszkańca z początku XX wieku do niczego to było niepodobne.

A jeszcze miało kawiarnię z zadaszonym ażurowym tarasem, zbudowaną na wzór toskańskich drewnianych domów kąpielowych z arkadowymi wejściem i oknami. Przed nią stoliki, wokół nich dostojne panie, trącające się raz po raz szerokimi rondami kapeluszy, a dystyngowani panowie – kuflami piwa. Tak było w roku otwarcia Ogrodu Botanicznego.

Łazarski park odwiedzali wszyscy porządni poznaniacy. Za dnia z dziećmi na festyn, karuzelę, wieczorem na koncert, balet. Dziś park nie robi takiego wrażenia, bo jest zaniedbany, ale kiedy był pod stałą opieką ogrodników-golarzy musiał wyglądać zjawiskowo.

Podświetlana fontanna, w tle Wieża Górnośląska©kolekcja pocztówek Romana Trojanowicza, CYRYL

A na Powszechną Wystawę Krajową, pierwszą demonstrację potęgi gospodarczej niepodległej Polski, zorganizowaną w dziesiąty jubileusz wyzwolenia – jeszcze go podrasowano. Do najpiękniejszych miejsc na Wystawie należy ta część Parku Wilsona, w której urządzono wodotryski i palmiarnię – pisała llustracja Szkolna z 1929 r. Wodotrysk jest największy i najpiękniejszy w Polsce, zwłaszcza pięknie wygląda on w oświetleniu wieczornem, gdy w miljonach kropelek odbijają się różnobarwne puszczane światła. W oddali widać rzęsiście oświetloną palmiarnię; oprócz lasu różnorodnych palm mieści się tam mnóstwo innych południowych roślin. W dużym basenie w palmiarni oglądać można dwa żywe krokodyle.

Sprawdzam w archiwum losy gadów. Przewodnik po palmiarni twierdzi, że to jednak aligatory z Missisipi i że przyjechały do Poznania w 1924 roku. Jednak rachunki są za ryby i mięso dla krokodyli. Na początku 1928 roku po kwitach ani śladu. Dyrekcja tłumaczy się z magistratowi. Sekcja krokodyli wykazała, iż wszystkie dostarczone okazy zginęły na niedomogę serca. Badania chemiczne obecności jakiejś trucizny w przewodzie pokarmowym nie wykazały. Przewód pokarmowy prawie u wszystkich osobników był zupełnie zresztą pusty. Powodem śmierci była najprawdopodobniej zbyt niska temperatura otoczenia.

Marylka na liściu Victorii © Z kolekcji pocztówek Romana Trojanowicza, CYRYL

W basenie bez gadów było nawet lepiej. Gdyby pływały pewnie nie powstałoby słynne zdjęcie z córką dyrektora Marcińca. Dopomniała się o nie poznańska prasa, która regularnie drukowała notki nadsyłane przez Dyrekcję Ogrodów Miejskich. Ta jest z 13 sierpnia 1927 roku.

Zdala od swojej ojczyzny Amazonki kwitnie pod polskim niebem w szklarniach Parku Wilsona cudowna „Królowa wód” – „Victoria regia”, wzbudzając podziw swymi ogromnymi i ciekawymi liśćmi o średnicy metrowej, kształtu talerza z podwiniętymi brzegami, które są wstanie utrzymać na swojej powierzchni i większe ciężary, świadczy o tem najnowsze zdjęcie fotograficzne, dokonane w szklarniach Parku Wilsona, a uwidoczniające córeczkę p. dyrektora Marcińca, małą Marylkę na liściu Victorji.

Niemniejsze zainteresowanie wzbudza sam kwiat, który rozwija się wieczorem biało i zanurza pod wodę ze wschodem słońca, by wieczorem okazać się powtórnie w barwie odmiennej – różowej. Powtarza to zazwyczaj raz jeszcze dnia następnego, przyjmując barwę ciemniejszą, by już potem na zawsze zginąć pod wodą.

Podążmy zatem podziwiać ten niezwykły cud przyrody!

Do Dyrekcja Ogrodów pisze cały Poznań. Jedni proszą o przezimowanie roślin. Potem zapominają o nich, i jeszcze dziwią się, że szklarnia wystawia rachunek i straszy, że na rzecz Ogrodu przepadną. Inni – o wypożyczenie roślin egzotycznych. Są wnioski o bezpłatne zwiedzanie dla jednostek wojskowych i prośby z ratusza o umajenie uroczystości miejskich. Upomnienia z wodociągów za duże zużycie wody w sezonie letnim z uwagi na rozrzutność pracowników i cieknące hydranty. Dyrekcja lekką ręką wyraża zgody, by narwać kwiatu lipy, albo nakopać robaków.

Parkowy staw i restauracja Magnolia © Roman Stefan Ulatowski, w zbiorach Miejskiego Konserwatora Zabytków w Poznaniu

Pierwszy publiczny park Poznania osiągnął sukces, bo był jedyny. Pociągnął za sobą lawinę, której pierwszy kamień stoczył kajzer Wiluś, zezwalając na rozbiórkę pierścienia fortyfikacji miejskich. Poznań rozlał się za mury w zaplanowany przez Stübbena sposób, a Towarzystwo podążało za jego pomysłami nasadzając zieleń. Zaraz po Łazarskim zaczęło tworzyć parki Marcinkowskiego, Mickiewicza, Wieniawskiego i Sołacki. Park Moniuszki miasto wykupiło od właściciela. Pozostałe otwarto dopiero po drugiej wojnie.

Do łazarskiego parku lgnęło wszystko co najlepsze. Dzielnica Johowa i willowa Kaiser Wilhelm Anlage, Wschodnioniemiecka Wystawa Przemysłu, Rzemiosła i Rolnictwa w 1911 roku, a potem Powszechna Wystawa Krajowa w 1929 roku. To dzięki tym imprezom miasto inwestuje w przyszły Park Wilsona.

Pierwsza szklarnia  © Narodowe Archiwum Cyfrowe

Palmiarnia z prawdziwego zdarzenia powstaje w 1928 roku właśnie na PeWuKę. Wcześniej dyrektor Kube postawił tam szklarnię o powierzchni pięciuset metrów kwadratowych. Ale kiedy rośliny wyrosły, oranżeria okazała się za mała. Zwłaszcza, że nowy szef, Władysław Marciniec wciąż chciał dosadzać. W 1924 roku jako pierwszy ogród miejski w Polsce ma basen zbudowany dla Królowej Victorii. Ale już wtedy w szklarni jest tak ciasno, iż dosłownie obrócić się trudno, by nie uszkodzić tej czy owej rośliny – relacjonuje oprowadzający czytelników po parku Witold Kulesza.

Nowa palmiarnia © Roman Stefan Ulatowski, w zbiorach Miejskiego Konserwatora Zabytków w Poznaniu

Nowa epoka dla szklarni poznańskiej rozpoczyna się z chwilą, gdy dzięki energii dyrektora Marcińca udało się z okazji Powszechnej Wystawy Krajowej zmontować szklarnię, która jest dziś chlubą Poznania, nieustępując w niczem pierwszorzędnym szklarniom zagranicznym, co więcej, przewyższając niejedną z nich pod wielu względami. Ogólna powierzchnia wynosi 1694 m2 [...]. Sklepienie środkowego pawilonu (z palmami) w najwyższym punkcie wznosi się do 19 m, bocznych pawilonów do 14 m. W wysokich na siedem metrów skrzydłach są baseny i rosną suchorosty.

Czego tam nie ma, są palmy, bananowce, kaktusy, storczyki, liany, epifity, sukulenty, paprocie. W akwariach pływają kolorowe ryby, w basenie przed palmiarnią latem można podziwiać pachnące wielobarwne kwiaty subtropikalnych lilii wodnych, żółtych lotosów amerykańskich, indyjskich białych i czerwonych. Wzdłuż sadzawki zasiano trawniki i urządzono plac zabaw okolony drzewami.

Banany na tle krzewów rycynusu © Z kolekcji pocztówek Romana Trojanowicza, CYRYL


PeWuKa zostawia po sobie w parku kilka pawilonów targowych, z których żaden nie przetrwa do naszych czasów. Po Wystawie Wschodnioniemieckiej zostaje jeden, Betonhaus. Hala jest osobliwym pomnikiem testosteronu kajzera Wilusia. Wilhelm II Hohenzollern urodził się z niedorozwojem lewego ramienia, za co matka go nie poważała, a ojciec usunął się z jego życia. Wychowaniem Kronprinza zajął się surowy Georg Hinzpeter, który wprowadził mu surowy pruski dryl. Niepełnosprawność, odrzucenie, deficyty miłości sprawiły, że Wiluś maniakalnie próbował udowodnić swoją męskość, oddając się typowo facetowskim rozrywkom. Dlatego poddani podziwiali w Betonhausie poroża i wypchane truchła zwierząt ubitych przez cesarza. W dużej sali restauracyjnej na parterze i na tarasie przednią mogli skosztować świeżej dziczyzny, a posileni – spróbować swoich sił na strzelnicy ukrytej w imitacji lasu.

Pocztówka reklamowa Betonhausu © Biblioteka Uniwersytecka UAM

Hala Betonowa Śląskiego Towarzystwa Budowli Betonowych (Schlesische Betonbaugeselschaft), o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych wewnątrz miała bogato zdobione sklepienia kolebkowe. Surowa z zewnątrz 12-osiowa hala zwrócona do parku fasadą i prostokątnymi ryzalitami po bokach. W trakcie PeWuKi wystawiano tam fortepiany i organy. Po pierwszej wojnie w budynku działała Katedra Higieny Szkolnej i Teorii Wychowania Fizycznego Wszechnicy Piastowskiej, później dostała go od miasta Akademia Wychowania Fizycznego, ale nie było jej stać na remonty więc zabytek niszczał.

Park zyskał obecną nazwę w 1926 roku. Dla uczczenia 150. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki nazwano go imieniem prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona. Starzy poznaniacy do dziś wymawiają jego nazwisko przez „w”, a nie z amerykańska przez „ł”. Jego pomnik stanął pięć lat później w cieniu rozłożystej białej magnolii. Był darem Ignacego Paderewskiego dla poznaniaków. Pianista dziękował pewnie za to, że zimą 1918 roku przywitali go i ugościli w pruskim mieście jak polskiego króla. Jednocześnie złożył hołd amerykańskiemu prezydentowi, którego kiedyś nakłonił do opowiedzenia się za niepodległością Polski na arenie międzynarodowej. Mistrz zlecił wykonanie pomnika innemu mistrzowi. Popiersie wyrzeźbił Amerykanin, Gutzon Borglum, ten od głów czterech prezydentów, wykutych w skale Góry Rushmore. Pomnik przetrwał zaledwie osiem lat. Zniszczyli go faceci w stalowych garniturach od Hugo Bossa.

Zdjęcie tytułowe: Wejście do parku od ul. Głogowskiej w 1929 roku © kolekcja pocztówek Romana Trojanowicza, CYRYL

ps
Arty­kuł jest frag­men­tem publi­ka­cji o histo­rii Łaza­rza, która ukaże się drukiem.

Arrow icon

Poprzednie wpisy

© 2019 Garvest Sp. z o.o.
Projekt i realizacja: Uniforma
Garvest Sp. z o.o.
ul. Grodziska 8
60-363 Poznań